czwartek, 18 kwietnia 2013

Nowa recenzja - "Lot nad kukułczym gniazdem"



"Lot nad kukułczym gniazdem", reż. Milos Forman, 1975


            Zrecenzuję amerykański film z 1975 roku pod tytułem „Lot nad kukułczym gniazdem” ("One Flew Over the Cuckoo's Nest"). Reżyserem filmu był Milos Forman, czeski reżyser z bardzo bogatym doświadczeniem. Urodzony w 1932 roku nadal prężnie działa w branży filmowej. Po zakończeniu działań wojennych, Forman ukończył szkołę średnią i rozpoczął naukę w praskiej szkole filmowej na wydziale reżyserii. Po zakończeniu edukacji Forman rozpoczął pracę jako reżyser filmowy i bardzo szybko zyskał popularność jako jeden z najzdolniejszych i najoryginalniejszych twórców nowej fali. W latach 60. nakręcił filmy takie jak "Miłość blondynki" czy "Pali się moja panno", w których stworzył zupełnie nowy typ komedii. Powstanie filmu "Lot nad kukułczym gniazdem", okazało się jednym z najwybitniejszych filmów nie tylko Formana, ale ogólnie w historii kina.  Od tamtego czasu nazwisko Forman regularnie pojawia się wśród osób nagrodzonych lub nominowanych do prestiżowych nagród filmowych. Artysta nie kręci filmów zbyt często, ale prawie zawsze są to dzieła wybitne, które na trwałe zapadają w pamięci widzów. Autorami scenariusza do jednego z najwybitniejszych dzieł światowej kinematografii jest amerykański duet – Bo Goldman oraz Lawrence Hauben. Obraz stał się ogromnym przebojem na całym świecie, a także drugim w historii, który zdobył 5 najważniejszych Oscarów: za scenariusz, reżyserię, dla najlepszego filmu oraz aktorów.

            W filmie nie ma przytłaczającej ilości postaci, a w roli głównych bohaterów obsadzono, często kwestionowany i wielokrotnie modyfikowany podczas castingów, pakiet gwiazd. Głównego bohatera - Randle'a Patricka McMurphyiego - złodzieja, szulera i chuligana, który by uniknąć więzienia udaje niepoczytalność, gra znakomity Jak Nicholson. Jego kariera zaczęła się bardzo niepozornie, pracował jako goniec w dziale kreskówkowym wytwórni MGM w LA. Dziś jednak jest jednym z najwybitniejszych aktorów amerykańskiego kina. Obok niego na planie w roli pielęgniarki, Siostry Mildred stanęła Louise Fletcher. Jej kariera zaczęła się na krótko przed powstaniem filmu. Ta rola pozwoliła się jej wybić i osiągnąć wiele sukcesów podczas realizowania późniejszych produkcji. Kolejną ważną rolę dostał, bardzo charakterystyczny z wyglądu aktor, Will Sampson. Wcielił się w  postać jednego z pacjentów, Wodza Bromdena. Zagrał bardzo charakterystyczną i przejmującą rolę. Udawał niemowę i osobę o niskim intelekcie. Na końcu filmu, ukazuje się w zupełnie innym świetle, pokazuje że całe jego wcześniejsze zachowanie było tylko przykrywką. Inną czołową postacią był Charlie Cheswick grany przez zmarłego już amerykańskiego aktora – Sydney'a Lassica. W rolę wrażliwego, potrzebującego miłości pacjenta Billy'ego Bibbita wcielił się, bardzo młody wtedy aktor, Brad Dourif. Pozostałe to role pacjentów lub lekarzy i pielęgniarek, oczywiście równie istotne, ale już nie tak charakterystyczne jak kreacje, które wymieniłam.


Źródło ilustracji: http://www.filmweb.pl

            Akcja filmu rozpoczyna się rozmową głównego bohatera, chuligana Randle'a McMurphiego z lekarzem z zakładu psychiatrycznego. Mężczyzna chcąc uniknąć więzienia postanawia spędzić trochę czasu w zakładzie psychiatrycznym. Plan wydaje mu się idealny, niestety do czasu. Kiedy tylko przekracza progi zakładu, którego sam widok wzbudza nieprzyjemny dreszcz, opuszcza go pewność siebie. Jako z natury zadziorny już na wejściu emanuje pewnością siebie i zarozumialstwem. Przechadza się między pozostałymi pacjentami, naprawdę chorymi, z uniesionym czołem, ale także z rozdziawionymi z zadziwienia ustami. Tutaj ważną rolę w budowaniu napięcia odegrała droga, jaką poruszała się kamera. Ujęcia zza krat, filmowanie chorych, nieudolnie wykonujących codzienne czynności. Oczywiście sama scenografia miała ogromny wpływ na przekaz. Białe ściany, zimny szpitalny styl – wszystkie te elementy z góry wywołują w nas niemiłe skojarzenia. Pośród przesadnie sterylnych pomieszczeń, widać jak opuszcza bohatera także poczucie bezpieczeństwa, kiedy przedstawia się kolejnym osobom. Od razu w oczy rzucają się mu rygorystyczne zasady panujące w szpitalu. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie próbował ich łamać. Większość scen opiera się zatem, na przeciwstawianiu się systemowi i stawianiu oporu, przed uprzedmiotowieniem chorego człowieka. Grono pielęgniarek, pielęgniarzy oraz lekarzy za wszelką cenę udowadnia swoją wyższość, traktując pacjentów jak nieporadne dzieci. Randle nie chce ulec i opiera się przed każdorazowym przyjmowaniem lekarstw i braniem udziału w terapii. Już po kilku dniach bohater zaczyna planować ucieczkę. Każda kolejna doba, spędzona pośród tych ludzi odbiera mu kawałek po kawałku racjonalność myślenia i jasność umysłu. Bohater zatraca się w ich problemach, zaczyna tracić własny rozum. Jest indywidualistą, jednak sytuacja zmusza go do okazania serca potrzebującym go towarzyszom. Ważną rolę odgrywa tutaj postać wodza Bromdena. Postawny mężczyzna, z wyglądu przypominający rdzennego mieszkańca Ameryki Południowej, zachowujący milczenie przez większość filmu. W tym miejscu reżyser oraz scenarzyści, moim zdaniem, genialnie uchwycili motyw przywdziewania przez człowieka maski, stosownej do otoczenia. Bromden udawał niemowę oraz nie w pełni rozwiniętego psychicznie, tylko po to by uniknąć zbędnych pytań i natrętnych ludzi. Przez większość czasu trzyma się z daleka, jednak obdarza naszego głównego bohatera niesamowitym zaufaniem i przyjaźnią. Staje np. w jego obronie, gdy ten zostaje obezwładniony przez jednego z sanitariuszy.

            Ważnym elementem fabuły jest zmiana zachodząca w postaci granej przez Nicholsona. Z początku zarozumiały i wyniosły rzezimieszek, zderza się z brutalną rzeczywistością ludzi cierpiących na zaburzenia psychiczne. Jedni mniej, inni bardziej cierpiący, wszyscy oczekują zrozumienia i pomocy. Mimowolnie postać Jacka, zaspokaja obie te potrzeby. Nie może znieść, że jego rówieśnicy, czy nawet mężczyźni starsi, żyją niczym dzieci we mgle, nie zdając sobie nawet sprawy z uroków otaczającego świata. Np. moment, kiedy Radle porywa autobus by uciec, zamienia się niespodziewanie w wycieczkę dla wszystkich mieszkańców zakładu. Porywają oni busa i udają się na przystań, by wypłynąć w morze na połów ryb. McMurphy sam nie do końca świadomy, swojego prometejskiego uczynku, uczy życia obezwładnionych przez bezduszny system kompanów. Nie byłoby jednak grozy, bez elementu kary. Za złamanie zasad, główny sprawca zostaje ukarany, nie tylko po to, by wybić mu podobne wybryki z głowy, ale także w celu udowodnienia mu, że jest całkowicie od systemu uzależniony, cokolwiek by zrobił.


Źródło ilustracji: http://www.filmweb.pl

            Motywów transformacji jest bardzo wiele w całym filmie i zachodzą one nie tylko w postaci głównego bohatera, jednak odkrycie ich wszystkich pozostawię widzowi. Wspomnę jeszcze tylko o, moim zdaniem, jednej z bardziej uderzających scen w filmie. Kiedy akcja zbliżała się do końca, działający wbrew wszystkiemu Radle McMurphy, organizuje w zakładzie rozpustne przyjęcie. Jego głównym celem, jest spełnienie marzenia jednego z chorych. Jest nim młodziutki Billy, któremu zbyt szybko odebrano wolność. Nie miał on nigdy czasu ani możliwości, aby nacieszyć się kontaktem z kobietą. Dzięki nieposłuszeństwu i chęci łamania zasad przez Radle'a, młodziutki Billy miał okazję stać się prawdziwym mężczyzną, kiedy odwiedziła ich zakład para urodziwych prostytutek. Jak w każdej szanującej się hollywoodzkiej produkcji, nie zabrakło więc wątku miłosnego, nawet w tak dramatycznym filmie.

            Dlaczego dramatycznym? Otóż dramatem w tym przypadku, będzie bezsilność jednostki, przy jednoczesnej nieposkromionej sile marzeń i przyjaźni. Jest to dość zawiłe połączenie, jednak nie na darmo „Lot nad kukułczym gniazdem" został okrzyknięty jednym z najlepszych filmów kina amerykańskiego. Bezsilnością jednostki, będzie w tym przypadku zamknięcie i odcięcie od bodźców świata zewnętrznego chorych psychicznie ludzi. Jak w prawdziwych zakładach, odseparowani od normalności zostają sami ze swoimi urojeniami. Doraźna pomoc, jaką zapewniają pielęgniarki i lekarstwa są mydleniem im oczu. Tak na prawdę, przebywając w zamknięciu, sami siebie nakręcają problemami i zamiast się z nich leczyć, popadają w jeszcze większą psychozę. Nie mogą jednak nic z tym zrobić – nie mają możliwości, ani nawet nie pomyślą o tym, by uciec. Tutaj w ich życiu ważna rolę odegrało pojawienie się zdrowego, żywiołowego Radle'a. On, niczym super bohater, miał siłę, aby zawalczyć o ich prawo do wolności. Jedyne, czego nie odebrali im ludzie w śnieżnobiałych kitlach, to marzenia i pragnienia. Każdy z pacjentów miał swój odrębny świat, zamknięty gdzieś w głowie. Mieli oni potrzeby, o których, przed pojawieniem się McMurphyego, nawet nie zdawali sobie sprawy. Nagle okazało się, że mają ochotę oglądać mecz w telewizji, słuchać muzyki czy uprawiać sport. Działając, na korzyść innych, niestety bohater działał także na niekorzyść własną. Za brak posłuszeństwa, każdego musi spotkać kara nawet, jeśli owo nieposłuszeństwo miało prowadzić do spełnienia dobrego uczynku. Drastyczne sceny kolejnych egzekucji, są przejmujące i nadają właściwy dla dramatu ton. W obliczu winy i kary nie może oczywiście zabraknąć elementu przyjaźni. I tutaj autorzy nie pozostawili pustej kartki. Wcześniej już wspomniany wódz Bromder, mimo wieloletniej znajomości pozostałych pacjentów, to nowo poznanego Radle'a obdarzył tym niezwykłym uczuciem. Nie chcę zdradzać zakończenia, ale właśnie w ostatniej, najbardziej wzruszającej scenie, podczas której nie warto powstrzymywać łez, motyw tej bezwarunkowej przyjaźni jest pięknie przedstawiony.

Źródło ilustracji: http://www.filmweb.pl

            Film jest bardzo oszczędny w środki wyrazu oraz ubogi w ścieżkę dźwiękową. Kamera nie pojawia się znikąd, czy też nie zaskakuje ona aktorów wyskakując znienacka. Zakładam, że scenarzyści chcieli, aby miejsce akcji było jak najbardziej anonimowe i neutralne. Dzięki temu każdy widz, będzie mógł umiejscowić wydarzenia i problemy we własnych realiach, tak jak tworzą to autorzy dobrych książek. Brak środków stylistycznych skłania także do skupienia większej uwagi na samej fabule i przesłaniu, aniżeli na efektach specjalnych, których oczywiście brak, może poza szokującą sceną, gdy wódz Bromder podnosi marmurowy blok z łaźni. Kiedy oglądającego nic nie rozprasza, jest on się w stanie skupić na dramaturgi i podwójnym dnie, ukrytym w puencie filmu. Takie właśnie podejście reżysera, moim zdaniem, cechuje dobre i mądre filmy, których większość nakręcono w ubiegłym stuleciu.

            Film „Lot nad kukułczym gniazdem” obejrzałam jak na razie raz i już wywarł na mnie ogromne wrażenie. Jest to jednak typ dzieła, po które trzeba sięgnąć kilkakrotnie, aby stwierdzić, iż się je rozumie. Obraz Milosa Formana zalicz się do kina bardzo ambitnego, więc nie polecam go z  marszu wszystkim. Trzeba się nieco psychicznie przygotować na jego oglądanie. Jeśli po obejrzeniu go za pierwszym razem, mamy wrażenie, że rozumiemy – znaczy to dokładnie tyle, że powinniśmy odtworzyć go jeszcze raz. Z reguły lubię kiedy filmy są żywiołowe i kolorowe. W tym przypadku oszczędność środków wyrazu była, wydaje mi się, niezbędna. Spowodowała one wyciszenie i pozostawiła w zamyśleniu nawet po napisach końcowych. Bardzo podobała mi się kreacja Jacka Nicholsona grającego w duecie z nieznanym jeszcze wówczas, Willem Sampsonem. Kontrast zaistniały między niewielkimi żywiołowym Jackiem, a postawnym i stonowanym Willem bardzo przypadł mi do gustu i nadał tonu całemu filmowi. Podziwiam trio twórców za tak, dobrze ukryte pod warstwą dialogów psychologiczne przesłania. Ogólny wniosek jaki ja wyciągnęłam z tego filmu, to utwierdzenie się w przekonaniu, że marzenia są niezniszczalne nawet w obliczu bezlitosnego systemu. Wielkie cele wymagają wielkich poświęceń, dlatego droga do celu usłana jest ciałami poległych w walce idealistów. Nie można się jednak poddawać, bo świat skonstruowany jest tak, aby komuś, choć pojedynczej jednostce, udało się dotrzeć na najwyższy szczyt.

                                                                                                    Joanna Rymko, 1e

środa, 17 kwietnia 2013

"Lista Schindlera", reż. Steven Spielberg, 1993 - recenzja Michaliny


 "Lista Schindlera", reż. Steven Spielberg, 1993


         Minął dzień , tydzień, miesiąc, rok, a ja wciąż widzę te straszne obrazy. Mam przed oczami wyniszczone, chude ciała ludzi, którym śmierć zagląda w oczy.  Jak klatki filmu przelatują sceny, gdzie człowiek dla człowieka jest katem. Gdzie z premedytacją pozwala innym umrzeć. Cały czas też słyszę jęki i ogłuszający krzyk tych, którym już nic więcej nie pozostało. W oddali snuje się przepiękna muzyka, która podkreśla smutny i nieodwracalny los tych, „ którzy do nieba idą parami”...

                Lista Schindlera to opowieść tak mocno wbijająca się w pamięć, że kto ją zobaczył, nigdy o niej nie zapomni. Film wyreżyserowany został przez Stevena  Allan Spielberga . Do jego dorobku filmowego należą m.in.: Lincoln, Imperium Słońca, E.T. ,Szczęki, Bliskie spotkania trzeciego stopnia. W 1994 roku, po nakręceniu "Listy Schindlera", Steven Spielberg założył SHOAH Visual History Fundation, której zadaniem jest gromadzenie materiałów wideo, dokumentujących wspomnienia osób ocalałych z holocaustu oraz "świadków historii". Fundacja zbiera także materiały dokumentujące zbrodnie dokonane na innych mniejszościach, prześladowanych przez nazistowskie Niemcy (Romach, homoseksualistach, więźniach politycznych czy ofiarach polityki eugenicznej). Spielberg od lat ma tych samych współpracowników , co być może jest kluczem do sukcesu. Do tego grona zaliczają się m. In. kompozytor John Williams, czy Dennis Muren. Warto tu też wspomnieć o Polaku, na stałe współpracującym ze Spielbergiem, to Janusz Kamiński, dwukrotny laureat Oscara, operator filmowy…

                Ktoś kiedyś powiedział, że „Lista  Schindlera” poruszy nawet tych, którzy mają serce z kamienia. To opowieść ożyciu i śmierci. O prawdziwej miłości i brutalnym uwielbieniu. „Lista” to historia walki dobra ze złem, w tym wypadku zło wygrywa wszystkie walki, dobro natomiast zwycięża wojnę… W obrazie Spielberga  dogłębnie poznajemy sytuację Żydów. Obcujemy z brutalnością i nienawiścią Niemców. Ale właśnie, tu warto się zatrzymać, czy wszystkich  Niemców? Oskar Schindler jest przykładem na to, że nie.  To niemiecki przedsiębiorca, który przyjeżdża  do Krakowa i tam zakłada  fabrykę. Zyskuje sobie uznanie innych Niemców, dlatego że jego majątek niezwykle szybko się powiększa. To uznanie bohater później niezwykle zręcznie wykorzystuje.  Wcześniej jednak sytuacja Żydów z e złej zmienia się w katastrofalną. Zostaje podjęta decyzja o „Ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”. Tak szumnie nazwane hasło znaczy po prostu skazanie tysięcy ludzi na śmierć. Nie wiadomo jednak do końca, kogo w ten sposób chciano ukarać. Cierpieli niewinni ludzie. ..Tutaj właśnie możemy zauważyć cudowną przemianę Oskara Schindlera z człowieka, który dba tylko o własne interesy, zmienia się  w  człowieka, troszczącego się o innych. Masowo zatrudnia on Żydów do swojej fabryki, ratując ich od niechybnej śmierci. Tworzy fikcyjne stanowiska, aby uchronić choć kilku od zagłady. Tutaj właśnie wykorzystuje swoje uznanie i sławę wśród rodaków. Schindler tak zagłębia się w spiralę pomocy, że nie potrafi przestać. Jedną z dwóch najpiękniejszych scen tego obrazu jest sytuacja, kiedy polewa bydlęcy wagon zapełniony ludźmi  wodą w upalny dzień. Zapewnia im chociaż trochę ulgi. Ratuje od przeraźliwych katuszy, a raczej odracza czas ich wykonania na chwilę. Chwilę wytchnienia. ..


Źródło ilustracji: www.filmweb.pl

                Spielberg w fantastyczny sposób pokazuje przekrój przez psychologię postaci. Obcujemy z zatwardziałym Niemieckim katem, Żydem, który modli się o śmierć, aby uciec od tych straszliwych katuszy. Widzimy jednak, że ci, którzy dręczą i męczą swoje ofiary na śmierć, też mają rodziny, ukochane, małe i wielkie i miłości. Tylko z drugiej strony przychodzi nam  myśl, jak można wieść spokojne życie rodzinne, jeśli przed chwilą zabiło się człowieka dla rozrywki, z nudów. Spielberg zmusza nas do odpowiedzi na trudne pytania…
 
                W filmie po mistrzowsku ukazana jest sytuacja Żydów. Długie kolejki w wyczekiwaniu na cud i męki przeżywane w obozach zagłady to jedna część. Spielberg zwrócił też  uwagę na takie detale, jak przeszywający ból i smutek uwidaczniający się w oczach cierpiących. Wyrazy twarzy pełne goryczy  i odrazy przenoszą nas w krainę Schindlera i sprawiają, że trudno stamtąd uciec…

                W „Liście …” urzeka również muzyka. Motyw przewodni godny jest mistrzów. Niezwykle rzadko zdarza się, żeby ścieżka dźwiękowa była tak spójna i jednolita z obrazem.  Momentami odnosi się wrażenie, że te skrzypce, w motywie przewodni, aż płaczą, nad smutnym losem Ofiar . Tych, którzy ginęli bezimiennie  i  wcale nie w słuszne sprawie...

                Uważam jednak, że najpiękniejszą sceną w filmie jest moment, kiedy Schindler żałuje, że nie uratował chociaż jednej osoby więcej. To tak wzruszający moment, że nawet Ci, którzy bez łez przebrnęli przez cały film, tutaj bez chusteczek się nie obejdą.  Żałość i rozgoryczenie u głównego bohatera jest tak przejmujące i tak prawdziwe, że z pewnością godne Oscara... 


Źródło ilustracji: www.filmweb.pl

                Niektórzy krytycy podkreślają, że Lista Schindlera ukazuje pewną sztuczność, że główny bohater nie sprawia wrażenia prawdziwego człowieka, ale supermena. Warto jednak zadać sobie pytanie, czy, gdyby Spielberg nie przerysował pewnych kwestii, a do charakteru głównego bohatera nie dodał trochę pikanterii, nie przeszlibyśmy obok filmu obojętnie… W dzisiejszych czasach trzeba szokować, bo albo zwracasz na siebie uwagę, albo nie. Jeśli tak, to dobrze, jeśli nie, to nie istniejesz. .. Spielberg w spektakularny sposób zwraca uwagę na krzywdę innych, pokazuje bohaterskość czynów Schindlera. Szokuje  czarno- biały obraz, który ma za zadanie nadać prawdziwości całej historii…

                Minął dzień , tydzień, miesiąc, rok, a ja wciąż widzę te straszne obrazy. Mam przed oczami wyniszczone, chude ciała ludzi, którym śmierć zagląda w oczy.  Jak klatki filmu przelatują sceny, gdzie człowiek dla człowieka jest katem. Gdzie z premedytacją pozwala innym umrzeć. Cały czas też słyszę jęki i ogłuszający krzyk tych, którym już nic więcej nie pozostało… Obraz Spielberga wyrył się w mojej głowie. Wyrył się też w sercu.  Obok takiego filmu nie można przejść obojętnie. Można go znienawidzić, albo pokochać. Do końca życia będę pamiętać wyrazy twarzy ludzi, do skroni których przyłożony był rewolwer. Wyrazy twarzy ludzi, którzy nie mieli już nic do stracenia… Wartość filmu przejawia się tym, na jak długo go zapamiętamy… „Listy Schindlera” nigdy nie zapomnę…

                                                                                                   Michalina Kowala, 1e

Eliminacje 24. Ogólnopolskiego Konkursu Wiedzy o Filmie dla młodzieży szkół ponadgimnazjalnych

 

Dziś 2 Dwójkowych reprezentantów - Magda oraz Maciej
zawalczą w eliminacjach 

24. Ogólnopolskiego Konkursu Wiedzy o Filmie dla młodzieży szkół ponadgimnazjalnych.

 

Źródło: http://www.wsnhid.pl/aktualnosci/wydarzenia

 

Trzymamy kciuki!

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Rusza V edycja Ogólnopolskiego Konkursu Filmów Amatorskich KLAPS!

 

Rusza V edycja Ogólnopolskiego Konkursu
Filmów Amatorskich KLAPS!

 

 Konkurs „KLAPS” jest skierowany do młodych, kreatywnych ludzi,
którzy interesują się produkcja filmową i chcą podjąć rywalizację
z rówieśnikami, celem doskonalenia swoich umiejętności
w zakresie filmowania. Celem Konkursu jest promowanie
amatorskiej kinematografii, rozwój zainteresowań środowiskiem
filmowym i odnalezienie młodych, ambitnych twórców.

Organizatorem Ogólnopolskiego Konkursu Filmów Amatorskich
KLAPS jest Zespół Szkół Ogólnokształcących numer 6 w Bydgoszczy.

 

info o konkursie można znaleźć na stronie:
http://klaps.bydgoszcz.eu

 

 OGÓLNE ZASADY ZGŁASZANIA PRAC KONKURSOWYCH

1. Konkurs jest przeznaczony dla wszystkich osób w wieku od 15 do 24 lat,
które znajdują się w tym przedziale w momencie zgłaszania filmu do Konkursu.

2. Uczestnicy nie mogą zajmować się profesjonalnie produkcją filmową,
telewizyjną czy scenariuszową.

3. Podstawowym kryterium oceny będzie pomysłowość, kreatywność,
estetyka wykonania oraz jakość nadesłanych prac.

4. Udział w Konkursie jest równoważny z wpłatą wpisowego
w wysokości 15 zł na konto:


Samorząd Uczniowski VI LO w Bydgoszczy Bank Spółdzielczy w Bydgoszczy
55 8142 0007 0044 8945 3000 0001 z dopiskiem „Konkurs Filmowy,
imię i nazwisko (takie jak w zgłoszeniu)”.


5. Nie uiszczenie wpisowego jest równoznaczne z dyskwalifikacją z Konkursu.
6. Do Konkursu należy zgłaszać następujące produkcje:

a) FILM FABULARNY
· sugerowane kategorie: komedia, film sensacyjny, horror, melodramat,
parodia, reklama

· czas trwania filmu do 15 minut

b) REPORTAŻ
· dowolna tematyka
· czas trwania filmu do 8 minut

c) FILM ANIMOWANY
· dowolna tematyka
· czas trwania do 5 minut

7. Film powinien spełniać wymagania zawarte w załączniku nr 1 do niniejszego Regulaminu.
8. Każdy uczestnik ma prawo zgłosić dowolną ilość prac.
9. W przypadku zgłoszenia więcej niż jednego filmu należy wpłacić wpisowe tylko raz.
10. Uczestnikiem zgłaszającym się do Konkursu może być jedna osoba lub grupa osób. W przypadku zgłoszenia produkcji wykonywanej przez grupę osób zobowiązani są oni do wybrania przedstawiciela, który wypełni zgłoszenie podając swoje dane. Przedstawiciel jest jedynym oficjalnym uczestnikiem Konkursu.
11. Zgłoszenie należy wypełnić on-line na stronie internetowej w zakładce Rejestracja w nieprzekraczalnym terminie do 05.05.2013 r.

 

Chętnych zapraszamy - zgłoszenia będziemy zbierać w szkole
lub pod naszymi adresami mailowymi:

Agata Urbańska urbanska@outlook.com

Barbara Górecka barb.gorecka@gmail.com


piątek, 5 kwietnia 2013

"Dwójka w kadrze. Scena 1 – ANIMACJA" - warsztaty filmu animowanego



         W sobotę, 23 marca 2013 roku „Dwójkowi” uczniowie  w poszukiwaniu inspiracji do stworzenia filmu animowanego opanowali Muzeum Narodowe w Poznaniu! Prawie czterogodzinne warsztaty filmowe odbyły się w ramach tegorocznej odsłony programu Filmoteka Szkolna AKCJA i miały związek z projektem:


 "Dwójka w kadrze. Scena 1 – ANIMACJA".



       Warsztaty filmowe rozpoczęły się od prezentacji materiałów plastycznych, które potencjalnie mogłyby zostać wykorzystane w celu stworzenia, scenografii, a nawet filmowych bohaterów oraz krótkiego wprowadzenia na temat filmu animowanego. Następnie wspólnie udaliśmy się na muzealny spacer w poszukiwaniu ciekawych i godnych rozwinięcia motywów, postaci... po prostu w poszukiwaniu inspiracji. I tak spacerując minęliśmy zamyślonego i smutnego Stańczyka, zapracowanego chłopa, zajęte rozmową damy na targu kwiatowym, pędzące po błękitnym niebie obłoki Ruszczyca, a nawet pogrążonych we śnie synów Stanisława Wyspiańskiego... A może coś mniej codziennego? Po przygnębiającym obrazie wojny w wydaniu Wróblewskiego i pesymistycznie nastawionym do świata połamanym parasolu Kantora uczniowskie umysły odświeżył Roman Opałka (OPAŁKA 1965 / 1 - ∞, 1965). Matematyka pod postacią wyjątkowego, czerwonego obrazu liczonego przyciągnęła uwagę na dłuższą chwilę. Uczniom klas matematycznych, którzy stanowili większość siedmioosobowej grupy, ciąg liczb nakreślonych sprawną ręką artysty bardzo się spodobał. Pomysł, cierpliwość i systematyczność to cechy, które dostrzegli młodzi filmowcy. Co ciekawe, Zuzia bez trudu znalazła błąd w lewym dolnym rogu obrazu. Po chwili pojawiają się pomysły: „Matrix” według Opałki kontra muzealna surówka Antoniego Starczewskiego (Układ warzyw i owoców, ok.1973). Dyskusja i nieoczekiwana decyzja. Nad liczbami zwyciężają... marchewki. Dobrze, że w pobliżu muzeum są sklepy. I dobrze, że są mili, wyrozumiali muzealni Strażnicy i Wartownicy, którzy pozwalają marchewkom i jabłkom zawędrować na muzealną galerię.





       Uczniowie szybko zabierają się do pracy, dzieląc się jednocześnie rolami. Marianna otrzymuje aparat fotograficzny, Laura tworzy tło, obie Zuzie zajęły się rzeźbieniem marchewek i jabłek w masie plastycznej, a Kacper, Mikołaj i Krzysztof zajęli się prawdziwymi owocami. Po chwili w ruch poszły pędzle. 





Pracującą zgodnie grupą interesowali się zwiedzający. Czas jednak gonił, scenariusz powstawał wraz z toczeniem się owoców po cętkowanym podobraziu...  Udało się! Po ponad trzech godzinach (i przygodach z rozładowującym się aparatem) na pomarańczowym tle pojawiły się wieńczące dzieło litery układające się w tradycyjny napis: THE END.





       Wbrew pozorom nie jest to jednak banalna historia rodem ze szkolnej stołówki... Jest to opowieść o przemijaniu i o tym, że mimo upływu czasu, mimo schematyczności życia, nie wszystko ulega zmianie.

                                                                                                     Agata Urbańska