środa, 3 grudnia 2014

"Nakręć się" - konkurs na recenzję filmową, edycja VI


Rusza szósta edycja konkursu na recenzję filmu z pakietów Filmoteki Szkolnej. 


Źródło ilustracji: http://www.ceo.org.pl


 Liczą się osobiste i twórcze wypowiedzi, organizatorzy konkursu 
achęcają do niczym nieograniczonych kreatywnych działań. 
"Najważniejszy jest pomysł i zaangażowanie!" 

 
Ważna uwaga - wszelkie plagiaty zabronione.  
Można za to korzystać z przygotowanych materiałów dodatkowych.


Wybrane informacje ze strony organizatora:

Opis zadania:
Waszym zadaniem jest przygotowanie krótkiej, max. 1 stronicowej 
(ok. 2500 znaków bez spacji) recenzji wybranego filmu z pakietu Filmoteki Szkolnej.

Niech Twoja recenzja ukazuje problemy poruszane w filmach z perspektywy 
 nastoletniego człowieka. Unikaj sztampy, pisz od siebie! Liczyć się będzie 
oryginalność, pomysłowość, ciekawy punkt widzenia i dobry styl. 
Zwróć uwagę na to, co właśnie ciebie poruszyło najbardziej w filmie, o którym piszesz.

Termin:
Na prace konkursowe czekamy do 15 stycznia 2015r.   
Pracę konkursową należy przesłać: na adres e-mail: aleksandra.czetwertynska@ceo.org.pl

Nagrody:
Laureatom zostaną przyznane dwie nagrody: NAGRODA INTERNAUTÓW 
i NAGRODA FILMOTEKI SZKOLNEJ. AKCJA! 
(pakiety filmów kanonu filmów polskich, książki, dyplomy)

Najlepsza recenzja zostanie opublikowana na stronie internetowej programu.

Nagrodzone i wyróżnione prace zostaną opublikowane na stronie CEO:  
www.ceo.org.pl oraz oficjalnej stronie programu www.filmotekaszkolna.pl
 

Organizatorzy: Centrum Edukacji Obywatelskiej i Polski Instytut Sztuki Filmowej

Więcej szczegółów znajdziesz tutaj.


Źródło ilustracji: www.nhef.pl  

ZAPRASZAMY DO UDZIAŁU!!!

Agata Migdalska i Barbara Górecka
 





wtorek, 2 grudnia 2014

Muzyka i animacja - krótka relacja ze spotkania


Dziś odbyło się pierwsze spotkanie naszego najnowszego projektu

"Dwójka w kadrze. Scena 2 - zabawy z animacją"

Więcej o projekcie możesz przeczytać tutaj.


Przedmiotem naszego zainteresowania stała się relacja 
muzyki i obrazu w filmie animowanym.


Kadry z filmu "Zmiana warty", źródło ilustracji www.culture.pl


Skupiliśmy się na polskich filmach artystycznych oraz animowanych bajkach dla dzieci
powstałych w przedziale czasowym 1958 - 1972. W sumie zobaczyliśmy 5 filmów:

"Labirynt", reż. Jan Lenica, muz. Włodzimierz Kotoński (1961 r.)
"Zmiana warty", reż. Halina Bielińska, Włodzimierz Haupe, muz. Zbigniew Turski (1958 r.)
"Klatki", reż. Mirosław Kijowicz, muz. Krzysztof Komeda (1966 r.)
"Scyzoryk", reż. Leszek Lorek, muz. Krzysztof Penderecki (1961 r.)
"Guzik", reż. Teresa Badzian, muz. Jerzy Matuszkiewicz (1964 r.)

na "deser" dorzucając 

"Czarodziejskie trójkąty", reż. Stefan Janik, muz. Mieczysław Janicz (1972 r.).


Kadry z filmu "Klatki", źródło ilustracji www.ninateka.pl


INSPIRUJĄCE.

Dziękujemy!


czwartek, 20 listopada 2014

Dwójka w kadrze - spotkanie z artystycznym filmem animowanym

 
Drodzy Amatorzy filmu!!!

Razem z p. Agatą Migdalską mamy niewątpliwą przyjemność
zaprosić Was do udziału w projekcie Filmoteka Szkolna AKCJA :)


Dwa lata temu rozpoczęłyśmy cykl spotkań poświęconych
artystycznym filmom animowanym,

w tym roku chciałybyśmy kontynuować tą tematykę.

Info o naszym projekcie znajduje się na naszym blogu tutaj.
 

"Dwójka w kadrze. Scena 2 - zabawy z animacją"



 
Pierwsze spotkanie odbędzie się we wtorek 2 grudnia,
zaczynamy kilka minut po dzwonku tj. o 16.40

Spotkajmy się w holu starej części szkoły.


Tematem spotkania będzie 
RELACJA MUZYKI I OBRAZU W FILMIE ANIMOWANYM.

 
Obejrzymy sobie różne różniste realizacje, od bardziej po mniej awangardowe
i porozmawiamy o tym, jak muzyka tworzy lub może zakłóca nastrój filmu.

Nie zabraknie nawet bajek z muzyką, np. Krzysztofa Pendereckiego!

 
Serdecznie zapraszamy!

Agata Migdalska i Barbara Górecka
 
 

wtorek, 18 listopada 2014

WYSTAWA FILMOWA: "Stanley Kubrick", Muzeum Narodowe w Krakowie


Gdy dowiedziałam się, że w te wakacje zawitam do Krakowa stało się dla mnie logicznym, że celem numer jeden mojej wyprawy będzie wizyta w Muzeum Narodowym. Nie bez przyczyny postawiłam sobie takie założenie. Od dawna zafascynowana jestem postacią Stanleya Kubricka. Pewnego poranka oglądając telewizję śniadaniową, dowiedziałam się że żona Kubricka przyjechała do Krakowa, aby otworzyć wystawę poświęconą jego twórczości. Już wcześniej słyszałam o tej inicjatywie, jednak nie sądziłam, że owa wystawa może pojawić się w Polsce. Skoro niemożliwe stało się możliwym, to nie mogłam sobie odpuścić takiej

W sierpniowe popołudnie udałam się z wizytą do Muzeum Narodowego w Krakowie. Wchodząc do budynku pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy, było krzesło należące do samego Kubricka. Strach pomyśleć ile pomysłów pojawiało się w głowie samego reżysera, gdy na nim przesiadywał. Uważam, że był to idealny eksponat rozpoczynający wędrówkę po twórczości artysty. 


Źródło ilustracji: cjg.gazeta.pl

Przez wąski, ciemny korytarz weszłam do pierwszej sali, w której znajdowały się typowo biograficzne informacje, miedzy innymi zdjęcia Stanleya: na planie, podczas pisania scenariusza, na premierach jego filmów itp. Drugie pomieszczenie poświęcone było pierwszym filmom reżysera. Na ścianie puszczane były fragmenty „Lolity”. W gablotce znajdował się jej oryginalny scenariusz, poprawki dodane przez reżysera na osobnych kartkach oraz zdjęcia z planu filmowego.

Największym zainteresowaniem zwiedzających cieszyła się słynna „2001: Odyseja Kosmiczna”. Do Sali prowadził ciemny korytarz, w którym słuchać było odgłosy wybuchających rakiet, a podłoga pokryta była gwiazdami, które znajdowały się w ciągłym ruchu. Pomieszczenie samo w sobie było bardzo jasne. Można było tam ujrzeć kostium pierwotnego człowieka według wizji Kubricka oraz wejść na pokład statku kosmicznego. Drugim okupowanym przez większość jak i przeze mnie elementem wystawy było „Lśnienie”. Muszę przyznać, iż wchodząc do tej części czuć było niepokój. Muzykę, pałającą w każdej nawet najmniejszej nucie grozą i niepokojem słychać było, w najskrytszych zakamarkach pokoju. Na środku znajdowała się maszyna do pisania, na której pracował Jack Torrenc, w którego rolę wcielił się znakomity Jack Nickolson. Wszędzie porozrzucane były kartki z widniejącym nań napisem: All work and no play makes Jack a dull boy (Tylko praca, bez zabawy zdechnie z nudów Jack niebawem). W ścianę wbite były dwa topory, a tuż obok nich w gablotce znajdowały się błękitne sukienki, w które ubrane były bliźniaczki Grady. Ponadto na ekranie wyświetlana była jedna z najbardziej cenionych scen w historii kina, czyli winda z której wylewały się litry krwi. 



Źródło ilustracji: cjg.gazeta.pl


Na mnie największe wrażenie wywarła, tak jak się z reszta spodziewałam, sala poświęcona „Mechanicznej pomarańczy”. Jest to mój ulubiony film Stanleya Kubricka, więc możliwość obejrzenia większości kultowych rekwizytów sprawiła ogromną przyjemność. Mą uwagę przykuły maszyny, które wyglądały jak nagie kobiety służące do nalewania mleka, w pijalni napojów mlecznych, którą często odwiedzały główne postacie w filmie. Oglądając te eksponaty byłam zachwycona zdolnościami manualnymi Kubricka, ponieważ każdą pracę wykonał własnoręcznie. 


Źródło ilustracji: cjg.gazeta.pl

Całą wystawę obeszłam dwa razy, aby się upewnić czy niczego nie pominęłam. Wychodząc z Muzeum byłam zachwycona faktem, że mogłam zobaczyć wszystko to co było wynikiem kunsztownej pracy mistrza. Długo myślałam nad tym, czy znalazłoby się coś co zasługiwałoby na dezaprobatę, jednak w moim przekonaniu wszystko było idealne. 


Gorąco zachęcam do obejrzenia tej wystawy, gdyby zawitała ponowie do Krakowa. Podkreślę, iż jest to cudowne przeżycie dla fanów Stanleya Kubricka i jego twórczości, dla osób które nie są wtajemniczone w jego życie zawodowe i efekty jego pracy, wystawa mogłaby się wydawać dość nudna. Ciekawym zjawiskiem było również oglądanie zwiedzających, w których skład w większości wchodziły osoby w średnim wieku. Widać było po nich, iż podróż po historii kinematografii autorstwa Stanley Kubricka, była dla nich ucieczką do wspomnień za czasów młodości. Podczas gdy badawczo przyglądałam się jednemu z eksponatów podszedł do mnie pewien pan i powiedział : Jak do dobrze, że chociaż części młodzieży interesuje się prawdziwym filmem, a nie tylko sieczką, która jest nam proponowana przez media. 

                                                                 Krzysztofa Kornacka ID

środa, 12 czerwca 2013

Wielki [?] Gatsby - recenzja z filmu



Wielki [?] Gatsby


Film „Wielki Gatsby” otworzył tegoroczny festiwal w Cannes. Od tego czasu zbiera skrajne recenzje. Jedni go odrzucają i mocno krytykują, inni są zachwyceni i oczarowani. Czy „Wielki Gatsby” rzeczywiście jest wielki?

 Adaptacja powieści Francisa Scotta Fitzgeralda, która jest jednym z największych dzieł XX-wiecznej literatury amerykańskiej. Narratorem jest Nick Carraway (Tobey Maguire, kojarzony najczęściej ze swoją tytułową rolą w „Spidermanie”), który opisuje całą historię w ramach terapii antydepresyjnej. Cofa się on, do lat swej młodości. Nowy Jork, lata 20. ubiegłego wieku, czasy jazzu oraz prohibicji. Nick, po nieudanej próbie zostania pisarzem, przyjeżdża do miasta, by spróbować swych sił i szczęścia na Wall Street. Wynajmuje skromny domek na Long Island, niedaleko willi swej kuzynki Daisy (Carrey Muligan) i jej męża Toma Buchnana (Joel Edgerton). U nich spotyka golfistkę Jordan (Elisabeth Debicki), która opowiada mu o niezwykle tajemniczym milionerze Jay’u Gatsbym (Leonardo DiCaprio). Kiedy niedługo potem Nick otrzymuje zaproszenie na jedną z uczt u bogacza, na którą przybywa cała „śmietanka” Nowego Jorku, jego życie nie będzie już takie samo jak przedtem. Okazuje się, że Jay i Daisy przed laty byli kochankami, a bezgraniczna miłość Gatsbiego przetrwała lata rozłąki, sprawiając, że chce on odzyskać ukochaną. Od tej pory młody Carraway staje się świadkiem melodramatycznej historii, rozgrywającej się miedzy tym dwojgiem, a jako przyjaciel Jay’a poznaje także jego tajemniczą przeszłość.


źródło ilustracji: filmweb.pl


Reżyser Baz Lurhmann, spod którego ręki wychodziły już takie filmy jak: „Romeo i Julia” z 1996 roku, „Mulin Rouge”, czy „Australia”, podjął się nie lada wyzwania. „The Great Gatsby” zagościł już wcześniej na wielkim ekranie (w 1974 roku). Wtedy wyreżyserował go Jack Clayton i ta adaptacja powieści Fitzgeralda uznana była i jest za bardzo dobrą. Luhrmann natomiast postanowił nieco „uaktualnić” tą historię, a jest wprawiony w tego typu zabiegach. Wcześniej pokazał to w „Romeo i Julii”, kiedy dramat Szekspira przeniósł w czasy współczesne, z samochodami, wieżowcami i gangsterami w tle, co początkowo szokowało odbiorców, ale później bardzo się im spodobało. Natomiast „Wielki Gatsby”, moim zdaniem, wydaje się być nieudaną próbą „uwspółcześnienia” tekstu literackiego.

W tle nieco nudnej historii, mamy garstkę motywów oddających klimat lat 20. i 30. Takich jak stroje, elementy scenografii i 3 minuty utworu na trąbce. Więcej nie słychać jazzowej muzyki, którą oddychały lata 20. W zamian za to mamy aranżacje utworów Jay’a Z i Beyoncé, które nijak się mają do XX-wiecznych realiów,  garniturów, czy retro samochodów.  Kolejne rozczarowanie to nienajlepsza grafika: niedopracowane rzuty komputerowe na przesycone bogactwem wille i ogrody, które w filmie bardziej przypominały makietę, czy disnejowskie produkcje.


źródło ilustracji: filmweb.pl


No i na koniec, to co właściwie najważniejsze: aktorzy. Grają oni poprawnie, jednak nie olśniewająco. To, co pokazali w „Wielkim…” przypomina trochę grę akademicką. Postaciom zabrakło charakteru, emocji i kolorytu. Tobey Maguire, mimo starań nie pokazał oscarowych umiejętności. Nie podołał zadaniu prowadzenia narracji filmu, a opowiedziana przez niego historia nie była intrygująca. Odtwórczyni roli Daisy -  Carrey Muligan, jedna z bardziej obiecujących, współczesnych aktorek, nie poradziła sobie dobrze, a raczej rozczarowała, jest sztuczna, plastikowa. Nie potrafiła do swej postaci tchnąć życia oraz ukazać jej „głębi” i emocji. Całość powinien wynagrodzić Wielki - Leonardo, o którym mówi się , że z filmu na film jest coraz lepszy. To już jego kolejna, po „Romeo i Julii” (gdzie DiCaprio zagrał tytułową rolę męską), współpraca z australijskim reżyserem - Luhrmannem. Trzeba przyznać, że w produkcji „The Great Gatsby” - Leo, w porównaniu z adaptacją szekspirowskiego dramatu, czy „Titanikiem”,  jest rzeczywiście bardziej świadomy i dojrzały aktorsko. Ale niestety nie szokuje i nie zachwyca.

Nie mogę powiedzieć, że „Wielki Gatsby” Luhrmanna to film całkowicie beznadziejny i bezwartościowy.  Urzekający w filmie jest wystrój wnętrz, dopracowany w każdym calu; tutaj ogromny ukłon w kierunku projektantów. Kolejny punkt, który przykuwa uwagę, to świetnie kostiumy, wspaniale dobrane, pełne finezji, wdzięku, doskonale nawiązujące do mody z lat 20., czy 30. Cały obraz „Wielkiego Gatsbiego” jest pełen kiczu, przepychu, szalonych przyjęć, morza alkoholu, willi z basenami. Część osób uznaje to za zamierzony zabieg reżysera, który w ten sposób chciał skrytykować konsumpcyjny styl życia i uświadomić nam, że życie płynie, wszystko przemija, a tak jak wtedy w XX wieku, tak i teraz człowieka, nawet bogatego, dopada samotność.



źródło ilustracji: filmweb.pl


Baz Luhrmann z „…Gatsbiego” bez wątpienia zrobił show. Jeśli to, w połączeniu z historią miłosną i „cukierkowością” widzowi wystarcza - będzie bardzo zadowolony, jeśli nie, z kina wyjdzie nieco zawiedziony. Uważam, że ten film warto zobaczyć, aby mieć swoje zdanie i skonfrontować własny odbiór z recenzjami krytyków, czy bloggerów. Choć ostrzegam, że nie jest to raczej produkcja, która nie pozwoli Wam spać po nocach.

                                                                                                  Wiktoria Michalak, 1a

wtorek, 11 czerwca 2013

W świecie Austen



,,W świecie Austen’’



Jako wierna fanka słynnej angielskiej pisarki Jane Austen, z radością odkryłam film ,,W świecie Austen’’ (w oryginale ,,Lost  in Austen’’).  Jest to brytyjska produkcja przenosząca akcent współczesności do XVIII wieku.  Amanda, główna bohaterka, to wielbicielka świata wykreowanego  w ,,Dumie u uprzedzeniu’’. Tamtejszy klimat, czyli elegancja i nieskazitelne maniery, dżentelmeni na każdym kroku oraz samo piękno krajobrazu – sprawiają, że dziewczyna zaczyna marzyć o życiu w dawnej epoce. Tęsknota za czasami, w których mężczyzna traktuje kobietę z najwyższym szacunkiem powoduje częste rozmarzenie dziewczyny. Pewnego razu słyszy dziwne dźwięki w swojej własnej łazience – w wannie stoi Elizabeth Bennet! To niemożliwe… A jednak, wizyta bohaterki ,,Dumy i uprzedzenia’’ powtarza się i tym razem oprócz zdumiewającej rozmowy skutek jest spotkania jest zdumiewający – Amanda ląduje w XVIII wieku!


Źródło ilustracji: janeaustensworld.wordpress.com



Wygląda na to, że fantazje postaci stają się prawdziwe. Dziewczyna poznaje swoich ukochanych bohaterów (a ,,ukochanych’’ nie jest tutaj słowem bez głębszego znaczenia – nastąpi trochę miłosnych zamieszań) i odkrywa dawny, cudowny świat. Czy jednak taki cudowny? Niezliczone perypetie Amandy, zamęt, który wprowadza i ogólny chaos wynikający z poplątania oryginalnej fabuły stawiają pytanie, czy te czasy były takie idealne… Szczerze przyznając, mimo całej mojej ciekawości wobec filmu, obawiałam się, że odbierze w pewien sposób magię powieści. Jeszcze przed obejrzeniem przeczytałam opinie, w których osoby gorąco protestowały przeciwko takiej profanacji filmu. Podobno zepsuty został klimat, atmosfera już nie ta, a nawet niektóre wątki są wręcz żałosne – nieśmieszne i prowadzące do wewnętrznego załamania się! Bo jak tak można zbezcześcić klasykę Jane Austen? Nie są to zbyt zachęcające recenzje, ale wewnętrzna przekora kazała mi zaryzykować. I cieszę się z tego niezmiernie!


Niektóre fragmenty, mówiąc kolokwialnie, rozłożyły mnie na łopatki. Śmiałam się dużo i często, a zazwyczaj na filmach jedynie uśmiecham z sympatią.  Nawiązanie do mokrej koszuli pana Darcy’ego (fani Jane Austen, którzy oglądali także ekranizacje jej powieści, będą wiedzieli, o co chodzi) było wręcz komiczne. Chociaż produkcja nie jest komedią, a melodramatem, bawi (przynajmniej mnie) niezmiernie. Nie brakuje także wzruszeń (jaka dziewczyna pozostanie obojętna wobec uroku pana Darcy’ego? W roli wystąpił znakomity Hugh Bonneville). W rolę głównej bohaterki wcieliła się Jemima Rooper. Chyba zazdrość nie pozwoliła mi pokochać roli, w którą się wcieliła. Amanda jest właściwie podobna do mnie (przede wszystkim – ta miłość do Austen!), ale w niektórych sytuacjach zachowałabym się zupełnie inaczej. Miałam wrażenie, że marnuje swoją szansę. Życie w XVIII wieku… Chociaż o tym nie marzę, cudownie byłoby na moment przenieść się do tamtej epoki. I chociaż polubiłam bohaterkę, to chyba za bardzo wczułam się w film i zazdrośnie patrzyłam na jej sytuację. Sądzę, że również wśród wrażliwszych ludzi wywoła emocje.


Źródło ilustracji: www.guardian.co.uk

Nie mam zastrzeżeń co do obsady. Moim zdaniem aktorzy zostali dobrani znakomicie. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj Alex Kingston, wcielająca się w rolę pani Bennet. Całkowicie odpowiadała moim wyobrażeniom. W dodatku Tom Riley grający Wickhama – byłam przekonana, że go nie polubię (ze względu na pierwotną treść ,,Dumy i uprzedzenia’’), a jednak aktor i szokująco zmieniony charakter bohatera całkowicie odmieniły moje emocje. Scenografia – doskonała! Idealnie dobrane stroje, wśród których wyróżniało się nowoczesne ubranie Amandy wywoływały komiczny kontrast. Sama sceneria idealnie oddawała klimat powieści (zaskoczyło mnie to zwłaszcza po wspomnianych już negatywnych opiniach). Także  muzyka Christiana Hensona dodawała niepowtarzalnego uroku.

Nie sądziłam, że będę pod takim wrażeniem filmu ,,Lost in Austen’’.  Chyba samo nazwisko angielskiej pisarki działa na mnie pozytywnie. Zachwyciła mnie powieść ,,Duma i uprzedzenie’’, jej liczne ekranizacje, a teraz jestem pod wrażeniem tej trochę zwariowanej wersji. Polecam ją, zwłaszcza miłośnikom Austen, ale nie tylko. Każdy z chociaż minimalną wiedzą na temat wspomnianej powieści i odrobiną poczucia humoru da się porwać tej ujmującej atmosferze.

                                                                                          Katarzyna Lembicz, 1a

środa, 24 kwietnia 2013

Objazdowa biblioteka o bieszczadzkiej wrażliwości - recenzja "Siekierezady"


Objazdowa biblioteka o bieszczadzkiej wrażliwości

                 Tajemnicze Bieszczady, bajkowy, aczkolwiek chwilami groźny klimat, magiczni bohaterowie, poszukiwanie sensu istnienia, butelka śliwowicy, zimne nóżki, które wyszły i chińska latarka – to właśnie mieszanka, którą proponuje nam Witold Leszczyński, reżyser ,,Siekierezady”.

                 ,,Siekierezada” to polski dramat psychologiczno-poetycki z 1985 roku, nakręcony na podstawie utworu autorstwa Edwarda Stachury o tym samym tytule. Postaci Stachury nie trzeba przybliżać chyba nikomu. Tragicznie zmarły poeta, obieżyświat, artysta poszukujący swojej ścieżki w świecie. Jego wrażliwość, delikatność, poetyckość i literacka subtelność poruszają od kilkudziesięciu lat wszystkich tych, którzy chcą przeżywać, a nie tylko funkcjonować. W swojej opowieści o Bieszczadach  ukazał czytelnikowi swoje poszukiwania, wątpliwości, strach przed istnieniem i dwie strony swojej osobowości. Adaptacje filmowe niektórych utworów są wyjątkowo nieudane. Na szczęście ta opowieść na dużym ekranie nabrała tajemnicy, pazura, a zarazem magicznej melancholii.  Scenariusz do ,,Siekierezady'' został napisany przez samego Stachurę we współpracy z Leszczyńskim. Dlatego film to cudowny obraz uzupełniający literackiego ducha tej bieszczadzkiej historii.


Źródło ilustracji: http://zbroiowisko.pl


              W małym, położonym pośród ośnieżonych borów miasteczku o nazwie Hopla, zjawia się
tajemniczy ,,Nowy”. Janek Pradera, wrażliwy poeta, który po stracie ukochanej, którą nazywa Gałązką Jabłoni, postanawia jak sam mówi ''odtajać''. Przyjeżdża w samo serce Bieszczad, aby pracować przy wyrębie lasu. Zamieszkuje na kwaterze u Babci Oleńki (fantastyczna rola Jadwigi Kuryluk), postaci przypominającej bohaterkę rosyjskich bajek. W Hopli poznaje ludzi zupełnie oderwanych od rzeczywistości, do której był przyzwyczajony. Bieszczadzka mentalność to otwartość, szczerość, gościnność, prostolinijność, ludzie nasiąkają magią tego regionu. Janek, którego nękają koszmary i wizje senne o swojej ukochanej Gałązce nieustannie prowadzi wewnętrzny dialog ze Stwórcą. Błądzi wśród wielu pytań, które dotyczą ciężaru jego egzystencji, niezrozumienia świata i sensu istnienia. Zaprzyjaźnia się z kilkoma drwalami ze swojego tartaku: Peresadą, Wasylukiem i młodym Batiukiem. Stara się nauczyć od nich specyficznej wrażliwości i wewnętrznej, nieskomplikowanej harmonii. Mimo to, bardzo cierpi, przeżywa i żałuje  utraconej miłości. Żyje pośród tych ludzi, ale nie potrafi całkowicie przylgnąć do ich społeczności. Dobrze wie, że przynależy do innego świata. Świata poetyckiego, magicznego, wzniosłego, uwrażliwionego, pełnego prawdziwych, silnych emocji i co najważniejsze, świata świadomego. Tylko dlaczego nie potrafi go odnaleźć? Podczas wiejskiej zabawy, w miasteczku pojawia się nieznany nikomu Michał, Michał Kątny. Tajemniczy artysta, który zamieszkuje razem z Jankiem  Babci Oleński. Michał i Janek okazują się być bratnimi duszami. Obaj przybyli do Hopli, aby oczyścić się z doświadczeń, wspomnień i wypaczonych idei. Dzielą się swoimi rozterkami, pragnieniami i obawami wobec istnienia Boga, a także ich samych. Jednak Janek nie potrafi unieść ciężaru swojego cierpienia. Pragnie spotkania ze swoją Gałązką Jabłoni. Dlaczego ją porzucił? Bał się, że uczucie, miłość przeminie. Przestraszył się zawiedzionych nadziei. Idzie po ośnieżonych torach ku pędzącemu pociągowi, ku świadomemu nieistnieniu. Kim tak naprawdę są Janek Pradera i Michał Kątny? Ja zrozumiałam ich postacie jako dwie strony osobowości Stachury. Tę, którą pragnie żyć, istnieć, dawać sobie drugą szansę i tę, której wrażliwość i cierpienie są zbyt duże, aby je unieść, dlatego szuka ukojenia w śmierci. 



Źródło ilustracji: stopklatka.pl

                    Leszczyński tworzy niesamowity obraz. Wprowadza widza w klimat, który powoduje gęsią skórkę na policzkach. Pokazuje przemiany bohaterów, ich
wewnętrzne rozterki, rozpadanie. Buduje napięcie, zastanawia, wzrusza. To wszystko na tle groźnych, zimowych, bieszczadzkich borów i malutkich, drewnianych chat z szarymi szybami. Fantastyczna obsada, z której moje emocje w szczególności wzbudzili, Edward Żentara jako Janek, Daniel Olbrychski w roli Michała, Ludwik Pak jako Peresada i Franciszek Pieczka- leśniczny. Z ekranu czuć dobroć, ciepło, ale również strach i cierpienie głównego bohatera. Ludwik Pak i Franciszek Pieczka w cudowny sposób przenieśli do filmu klimat i specyfikę ludzi bieszczadzkiego regionu. Ich wypowiedzi są stylizowane językowo na tamtejszą gwarę, a wiele scen jest osadzonych w realiach specyficznych południowo-wschodnich  zwyczajów. Daniel Olbrychski postać Michała zbudował w bardzo ciekawy sposób. Jego bohater jest tajemniczy, jakby wyjęty z innego świata, nieprzenikniony i nieodgadniony. Widz utożsamia się z nim, pomimo że jest małomówny i zamknięty w sobie. Czy Michał nie wygląda znajomo? Czy nie odbija w sobie przypadkiem innego bohatera? Może opowiada mu o wyborach, których nie dokonał? Mój Michał jest częścią Janka, częścią, która zaufała światu, a teraz ucieka przed jego okrucieństwem i własnym strachem.

                 Chociaż scenariusz ,,Siekierezady'' jest oparty na oryginalnej powieści, na potrzeby filmu niektóre dialogi zostały przez reżysera rozbudowane i wystylizowane. Dwóch naprawdę wybitnych artystów stworzyło tekst, którego fragmenty trzymam przy łóżku. Wracam do leśnych monologów Janka, do rozmów z przy wódce z Peresadą. ,,Siekierezada” to kino, które mówi pięknymi słowami. Mówi o miłości, nostalgii, Bogu i pamięci.

                 Bardzo podobały mi się zbliżenia w poszczególnych scenach na twarze bohaterów. Reżyser ukazał jak różne sytuacje odbierane są w inny sposób przez każdą z postaci. Buduje to ich zarys psychologiczny oraz pomaga zrozumieć podejmowane decyzje. Kadry, w których kamera zatrzymuje się na spojrzeniu Pana Żentara są bardzo przejmujące. Jego spojrzenie, sposób, w jaki drżą jego powieki, dodaje melancholijnego dramatyzmu, który towarzyszy widzowi przez cały czas trwania filmu. Szczególną uwagę zwróciłam również na sposób prowadzenia kamery kiedy akcja dzieje się w lesie. Ujęcia 'od dołu', bardzo powolne poruszanie kamery, długie, nieprzerwane ujęcia, przyciemnione światło oraz poszarzałe kolory nadają obrazowi głębi i poczucia nieznanej grozy. W ,,Siekierezadzie” wszystko, począwszy od sposobu umeblowania maleńkiego mieszkanka Babci Oleńki, aż po kolory niedźwiedzich czapek drwali, wprowadza w niepowtarzalny nastrój Bieszczad z tamtych lat. Oddalone od świata, wyciszone, były schronieniem dla wielu artystów i ludzi szukających ucieczki nawet przed sobą samym. Każdy szczegół przenosi w inną rzeczywistość, nawet dźwięk siekiery uderzanej o młody pień uwrażliwia. Skrzyp śniegu pod stopami, dźwięk łamanych gałęzi, obijanie szkła, odgłos zacieranych dłoni.


Źródło ilustracji: stopklatka.pl




                 Ciarki i dreszcze wzdłuż kręgosłupa wywołał u mnie również sposób wplatania i montażu scen surrealistycznych  koszmarów Janka, z 'realną' akcją. Fragmenty, w których na ekranie ukazuje nam się Gałązka Jabłoni bez twarzy, bądź nieograniczona przestrzeń bez wyjścia, pomagają nam lepiej zrozumieć tragiczną postać bohatera. Dodatkowo, pozwoliło mi to na skonfrontowanie osobistych strachów i zahamować przed niespełnionymi pragnieniami z oglądanym obrazem.

                   Edward Stachura, tak jak Janek Pradera, przestraszył się utraconych nostalgii. Obaj uciekli od konfrontacji wrażliwości z brutalną rzeczywistością. Stachura napisał przepiękną, magiczną i melancholijną powieść. Kiedy namówiona przez mamę, po raz pierwszy sięgałam po ekranizację ,,Siekierezady”, bałam się, że nie sprosta ona mojemu wyobrażeniu o śnieżnych, stachurskich Bieszczadach. Mój strach był absolutnie bezpodstawny. Pan Witold Leszczyński stworzył obraz, który uzupełnia papierową historię. Wzrusza, zatrzymuje, wycisza, porusza i czaruje. Zaprasza do świata, który tak bardzo różni się od tego, w którym istniejemy. . Mówi głośno o strachu, o tym jak ciężko jest być bohaterem we własnym życiu. Ukazuje ludzi, którzy są bliżej wewnętrznej prawdy i prawdziwych, niezmanierowanych odruchów. W filmowej „Siekierezadzie” najbardziej cenię sobie przestrzeń do interpretacji, jaką reżyser pozostawił odbiorcy. Nie narzuca gotowych rozwiązań. Film zatrzymuje nad tą historią w inny sposób niż książka.  Oddziałuje wyraźniej, mocniej, doraźniej. W opowieści o Janku nic nie poruszyło mną tak, jak czerń torów na tle białego śniegu i ostatnie dźwięki obrazu, ,,Czy Warto?” Edwarda Stachury.

                 ,,Siekierezada” to film, który przeżywam za każdym razem, przeżywam od czubka głowy po koniuszki palców. Jestem tam, pomiędzy zakurzonymi regałami przewoźnej biblioteki w Hopli. Wypożyczę książkę z cienką, żółtą okładką, a wieczorem napiję się herbaty z Babcią Oleńką. Odtaję.


                                                                                  Małgorzata Antonina Tosiek, 1a


Edward Stachura ,,Czy Warto?”

"Zwalić by można się z nóg
Co rusz,
Co krok.
Co noc,
To szloch
I rozpacz.
Ale czy warto?
Może nie warto?
Chyba nie warto...
Raczej nie warto.
Nie, nie - nie warto.
Zginąć by można jak nic:
Do żył
Jest nóż.
Lub w dół
Na bruk
Z wysoka.
Ale czy warto?
Może nie warto?
Chyba nie warto...
Nie, nie - nie warto.
Jechać by można do miast
Lub w las
Na błoń.
Na koń
I goń
Nieboskłon.
Ale czy warto?
Może nie warto?
Ech, chyba warto...
Tak, tak - warto.
Bardzo to warto.
O, tak - to warto.
Jeszcze jak warto!"